Ewa Minge współpracuje z Zielonogórską Agencją Modelek Princess i zasiada w jury Miss Ziemi Lubuskiej 2007 organizowanych przez tą agencję.
Redalcja Przeglądu Lubuskiego otrzymała zgodę Ewy Minge na na wykorzystanie tekstu wywiadu udzielonego przez nią Magazynowi Exklusiv.
|
|
 Wzbudza skrajne emocje zarówno u nas, jak
i na świecie. Jedni jej nienawidzą, a jej
projekty uważają za kwintesencję złego
smaku, inni uwielbiają i marzą, by być taką
jak ona. Jej włosy, ciało i ubrania są szeroko
komentowane przez wszystkich.
Pracuje w Pszczewie, mieszka w Zielonej
Górze, podbija Los Angeles i Rzym.
Ubiera prezydentowe i włoskie księżniczki.
Ewa z Zielonej Góry
Z jednej strony kocham wszystko co kobiece, ekskluzywne, luksusowe. Z drugiej - jestem matką, która utrzymuje dom. Rano błyskawicznie wyskakuję z łóżka. Rzadko kiedy się gimnastykuję. Potem wsiadam w samochód i jadę do mojej jednej firmy, potem do drugiej. Pracuję minimum 12 godzin dziennie. W ostatnim roku przemierzałam średnio 50 tysięcy km miesięcznie. Mimo tego zawsze staram się wrócić nawet o najpóźniejszej porze do domu, do moich dwóch synów. Zwykle koło 17 wracam z firmy, od 19 do 21 jestem z synami. Kiedy chłopcy pójdą spać, włączam ulubioną muzykę, siadam i projektuję. Czas projektowania to dla mnie luksus i komfort.
Mój rodzinny Szczecinek to 50-tysięczne miasto w dawnym województwie Koszalińskim, na Pojezierzu Drawskim. Dostałam fajne wychowanie, bardzo ciepłe. Od dziecka pozwalano mi na wiele fanaberii. Za czasów głębokiej komuny przefarbowałam sobie włosy na czarno, kiedyś wpadłam do szkoły z zielonymi pasemkami. Byłam zapaloną harcerką. Rajdy, gitara, mieliśmy swoje ideały, alternatywne dla tego, co się działo w kraju. Stworzyliśmy sobie w harcówkach swój świat. Miałam mnóstwo przyjaciół. Mój tato się śmiał, że nasze mieszkanie to izba przyjęć, bo w moim 12-metrowym pokoiku siedziało niekiedy 20 osób.
Potem była próba podjęcia studiów na Akademii Medycznej w Szczecinie. Chciałam być chirurgiem plastykiem. Nie dostałam się na te studia i podjęłam pracę w szpitalu w dziecięcym, jako sanitariuszka. Pracowałam na izbie przyjęć. Tam doszłam do wniosku, że to nie jest zawód dla mnie. Ja byłam raczej jak doktor Judym. Zakończyłam pracę i dostałam się na kulturoznawstwo w Poznaniu. Ale już zaczynając studia, malowałam batiki. Krawcowa zszywała je w bluzki, sukienki. Tata, mimo oporów, pomógł mi zarejestrować działalność gospodarczą.
Firma natychmiast zaczęła jednak zarabiać pieniądze. Rozkręcałam biznes w piwnicach własnego domu w Pszczewie. Z trzech pań zatrudnionych na początku zaraz zrobiło się siedmiu pracowników, potem z siedmiu - dziesięciu. Wynajęłam pomieszczania od gminy, a dzięki wójtowi dzierżawiłam ją za niewielkie pieniądze. Później pracowało u mnie już 60 osób. Otworzyłam dom mody w Pszczewie. Zrozumiałam, że nie jest ważne, gdzie człowiek tworzy. Ważne są dobre warunki i przyjemność z pracy, a salony, sklepy firmowe można otworzyć na całym świecie.
Podczas słynnych Targów Poznańskich odbywał się Poznański Tydzień Mody. Wystartowałam w konkursie o Srebrną Pętelkę i wygrałam w dwóch kategoriach naraz. Srebrna Pętelka zaczęła ciągnąć za sobą całą nitkę. Wzięłam udział w targach w Dusseldorfie. Zostałam zauważona i nominowana do Alei Projektantów. Później wzięłam udział w targach w Moskwie, gdzie dostałam złoty medal, jako jedyna firma spoza dawnego Związku Radzieckiego. Fabryki włoskie wytwarzały projektowane przeze mnie materiały o zastrzeżonych wzorach. Ktoś tu przyjechał, zobaczył i stwierdził, że moje ciuchy są niezłe i że trzeba z tym wyjść na szersze rynki. Pocztą pantoflową świat usłyszał o mnie. Pojawiły się propozycje. Po pokazie na Schodach Hiszpańskich wypatrzył mnie prezydent Alta Roma, Stefano Dominella. Dostałam propozycję pokazania się na tygodniu rzymskiego haute couture Alta Moda Alta Roma. Po pokazie cała włoska prasa zaczęła pisać na mój temat. Pokazano mnie nawet w głównym wydaniu dziennika Rai Due. Po kilku latach zostałam członkiem Izby Haute Cuture Alta Moda Alta Roma. Dostałam tytuł next couture, czyli osoby, która kreuje nowe trendy w modzie. Znalazłam się w pięćdziesięciu paru sklepach na terenie Włoch, obok najlepszych.
Mieszkam w Zielonej Górze trochę przez przypadek. Mieszkając rok w Warszawie byłam zmęczona korkami, tłumem, tempem życia, przymusem spotkań. Uciekłam stamtąd pod wpływem impulsu. Zielona Góra to przyjazne dla człowieka miejsce. Wieczory wolę spędzać z synami. Nie lubię bywać. Jestem domatorką, a na popularność i tak nie mogę narzekać (śmiech). Rzadziej jestem teraz w Warszawie, niż w Los Angeles, czy Nowym Jorku.
opr.kch
|
|
|