(40kB)
ryszard jaworski Muzeum Lalek w Lubuskim Teatrze otrzymało imię Ryszarda Jaworskiego

24 czerwca Muzeum Lalek w Lubuskim Teatrze otrzymało imię Ryszarda Jaworskiego (1946-2007). Zmarły przed miesiącem utalentowany modelator, konstruktor i metaloplastyk stworzył lalki do ponad 300 przedstawień. Z Lubuskim Teatrem związał całe swe dorosłe życie. Z przerwami czterdzieści cztery lata.

Przygoda Ryszarda Jaworskiego z teatrem zaczęła się szybko. Właśnie skończył szkołę podstawową, rodzice oddali go na przyuczenie do zawodu optyka. Zakład przy Kupieckiej do dziś sąsiaduje z pracownią teatralną. Terminując - chyba niezbyt uważnie – Ryszard zaglądał przez szybę, co też robią chłopaki w teatrze. Oni tymczasem na potrzeby spektaklu rzeźbili Wenus z Milo. Chłopak zapytał, czy może przyjść. Pozwolono mu. Przyszedł i został. Zaczął od małej Wenus. Zrobił kopię rzeźby, która go urzekła. Był młody, miał 15 lat. Tymczasem do optyka po paru miesiącach zajrzeli rodzice z zapytaniem o postępy syna w nauce... Skończyło się wielkim laniem. Ryszard Jaworski pracował w zielonogórskim teatrze z przerwami od 1963r. do 64r., potem od 1970 do 85 i znów od września 1993 aż do śmierci w czerwcu 2007.

Kilka miesięcy przed atakiem choroby napisał na kartce sentencję i powiesił na ścianie pracowni: "Przestałem się spieszyć, już nic nikomu nie muszę udowadniać".

Pan Ryszard miał umysł otwarty na cały świat. Myślał abstrakcyjnie. Był utalentowanym twórcą. W 1997r. został nagrodzony za scenografię do "Kotów" Waldemara Wolańskiego.

Gdy zaczęły się rodzić dzieci - wspólnie z żoną wychowali i wykształcili siedmioro dzieci - Ryszard Jaworski spawał wagony. Ale od sztuki nie sposób było uciec. Ze stalowych odpadów tworzył w fabryce rzeźby. Był zawsze artystą. Nawet wtedy, gdy szył żonie i córkom sukienki. Jarosław Dulęba, współpracownik i przyjaciel, namówił Ryszarda na rzecz niezmiernie ważną, mianowicie na skompletowanie dokumentacji wykonanych prac. Gdy autor zobaczył, jak dużo dotąd zrobił, chwycił się za głowę. W pracowni pojawiła się kolejna złota myśl: "Rzeczy niemożliwe robimy od ręki, cuda na dzień następny". To była prawda, którą Ryszard Jaworski udowadniał niemal każdego dnia. Niezwykłym wyzwaniem była heilmaszyna do spektaklu "Obłąkany, czyli upadek III rzeszy" Bergera. Urządzenie, dzięki któremu ręka wysunięta w hitlerowskim pozdrowieniu mogła trwać w tej pozycji całymi godzinami. Bohater sztuki za swój wynalazek został skazany na pobyt w szpitalu psychiatrycznym... Tymczasem przed pracownią modelatorską stanęło wyzwanie nie lada. Nad rozwiązaniem myśleli wszyscy, z aktorami włącznie. Rozprawiali, rysowali. Ryszard również myślał. Aż trzeciego dnia kupił klucz nastawny, popularną terkotkę. I wszystko okazało się takie proste, a mechanizm działał bez zarzutu.

Album Ryszarda Jaworskiego otwiera cytat z Augusta Rodina: "Świat wówczas będzie szczęśliwy, gdy ludzie mieć będą dusze artystów - to znaczy - gdy z radością wykonywać będą swoją pracę". Potem następują zdjęcia z teatralnej pracowni i dziesiątki reprodukcji prac. "Kopernik" w cynku i mosiądzu jeszcze z 1972r., miedziana patera o średnicy 60 cm przedstawiająca polowanie; metalowe wizje zatytułowane "On i ona", "Płód", "Walka Kobry z Mangustą", "Poszukiwania", "Inwazja", tryptyk "Macierzyństwo" wykonane w aluminium, seria sportowa "Dziewczyna z piłką", "Rzut młotem", "Olimpiada", prace z elementami kobiecymi "Sabat czarowni", "Jednooka", "Prometeusz", Madonny. Swoje metalowe dzieła pokazywał na wystawach indywidualnych i zbiorowych.

Bardzo dużo swych prac rozdawał. Nie mógł się doczekać emerytury. Przysposobił garaż na pracownię. Choroba zaczęła atakować w ubiegłym roku na Wielkanoc. Zaczęło się niewinnie. Pan Ryszard robił ptaki dziwaki. Formował metal uderzając ciężkim młotkiem, aż do odrętwienia ręki. Zdawało się, że po pracy ból ustąpi. Ale bezwład ogarnął całe ciało.

Koledzy wspominając, mówią o nim; barwna, fajna, zwyczajna postać.

Małgorzata Masłowska