|
|
||||||
W ostatni dzień marca, czyli w sobotę wybrałam się na rynek, ten na ulicy Owocowej. Bywam tam bardzo rzadko, jakoś ciągle nie mam czasu, ale zdaje się, że mają to stare miejskie targowisko przenosić, więc chciałam je zobaczyć jeszcze w starym miejscu i starym kształcie, tak jak zapamiętałam je z dzieciństwa.
Sobota na Drzewnej Ale moja droga, chociaż mieszkam niedaleko, znacznie się wydłużyła. Idąc spokojnie moją ulicą, ulicą Drzewną, nagle ze zdumieniem ujrzałam, że jedna z pięknie odnowionych ale od kilku lat martwych kamieniczek nagle ożyła. Przez podniesione rolety do wewnątrz wlewało się światło, otwarte drzwi zachęcały do wejścia, a na kamienicy pojawił się napis APARTAMENTY . Oczywiście weszłam, ciekawie rozglądałam się po dziedzińcu, który otaczała na wysokości pierwszego piętra mała galeryjka. Właścicielami okazali się być młodzi ludzie, którzy postanowili kontynuować dzieło rozpoczęte przez ich Ojca. W oczach ujrzałam panikę, ale też wiarę, że dadzą sobie radę. Poprowadzili mnie po piętrach, pokazując apartamenty, dzieląc się ze mną pomysłami na funkcjonowanie tego małego hoteliku. Nazwałem ten hotel imieniem Betty - to od imienia mojej żony - wyjaśnił z rozbrajającym uśmiechem właściciel kamienicy. Szczerze gratulowałam moim rozmówcom pomysłu i życzyłam im rozwinięcia skrzydeł. Zamyślona skręciłam w małą uliczkę Licealną, którą zdominował okazały, pięknie odrestaurowany budynek rektoratu. A tu kolejna niespodzianka. Nad drzwiami jednego z nielicznych tam budynków pojawił się niespodziewanie napis: Deja vu Cafe. Wahałam się tylko chwilę, powoli uchyliłam przeszklone drzwi. Miłe, przyjazne wnętrze, pod ścianą piękny, żeliwny, stylizowany piecyk z płonącymi polanami, w rogu mały barek i wszędzie porozstawiane okrągłe, drewniane stoliki. Przy jednym z nich siedziała Grażyna P. Podniosła się na mój widok z uśmiechem i zapraszająco wskazała mi miejsce. Pijąc pyszne cappucino, wysłuchałam historii o powstaniu tej kawiarenki. Właśnie poprzedniego dnia odbyło się uroczyste otwarcie Cafe deja vu. Mnie nie było, ale okazało się, że udział w miłej imprezie brał sam redaktor naczelny Przeglądu Lubuskiego. Ponoć mu się podobało. Była muzyka, ktoś pięknie grał na akordeonie, były oczywiście kwiaty, prezenty, życzenia i uśmiechy. Szambelan zielonogórski przeczytał wiersz, który specjalnie ułożył na tę okoliczność. Grażynka snuła opowieść o kawiarni, która przeszłości jeszcze nie ma, ale przyszłość rysuje się przed nią jasna. No bo i rektorat blisko, kawa smaczna, w dodatku niedroga, a i ciastka pyszne do kawy zamówić można. Cieszę się z tej kawiarenki, będę miała do niej blisko. Z Grażyną chodziłam kiedyś do szkoły, a i później często się widywałyśmy, prowadziła przecież razem z Marią I. Galerię na Placu Pocztowym. Jakiś czas temu ich drogi się rozeszły, ale one przecież nie znoszą bezczynności, więc Grażyna otworzyła właśnie ten lokalik, a Maria już chyba dwa lata temu swoją Galerię, którą nazwała Stara Fabryczna. Muszę koniecznie tam zajrzeć. Dowiem się jakie Maria szykuje wernisaże na wiosnę. Z ociąganiem wychodziłam z urokliwej kawiarenki, życząc właścicielce powodzenia. Dochodziła godzina 14:00, pewnie było już po handlowaniu na rynku ale mimo to nie zrezygnowałam. I słusznie, parę stoisk było jeszcze otwartych. Kupiłam przede wszystkim jajka. W końcu niebawem Święta Wielkanocne. Ewa Szatkowska
|
||||||