Ocena tegorocznego Winobrania wymaga choć odrobiny spokoju i dlatego nie mogła być dokonana na gorąco. Opinie „miasta” na tą imprezę są generalnie negatywne. Jednak piękna pogoda i owe „coś” przyciągnęło na Deptak tłumy odwiedzających, także z Niemiec. Zatem sukces? I tu zaczynają się schody, bo aby coś oceniać trzeba mieć do tego kryteria i skalę. Zacznijmy od kryteriów. Bo Winobranie to mieszanka, zawierająca składniki z bardzo wielu bajek. Piszę bajek, bo Winobranie obrasta swoistego rodzaju intelektualną mitologią. To jakby nie patrzeć ludowy festyn, zabawa plebejska, której próbuje się przydawać cechy poniekąd salonowe. Jednak z drugiej strony to bodaj jedyny kulturalny wyróżnik naszego miasta. Także okazja do budowania tożsamości miasta i integracji wokół regionalnych tradycji oraz najistotniejszy bodaj składnik zielonogórskiej marki.
Mądrale zatem mają powód do kontestowania wyłącznie plebejskich ciągot organizatorów Winobrania. Ale skoro to jarmarczna bajka to oceńmy ją. Chyba nie ma najmniejszych wątpliwości, że organizatorów Winobrania w zupełności zaspokaja zamiana Deptaka w targowisko chińszczyzną, starym żelastwem i paśnikami z paszą godną Koziej Wólki. Dopełnieniem tej wsiowej maniery organizatorów winobrania jest wszechobecna piwo spoza którego ledwie prześwituje wino. A i ono przeważnie z Biedronki. Zatem Z tego punktu widzenia Winobranie jako impreza geesowska jest ok. Jeśli potraktować mieszkańców Zielonej Góry jak głupków głodnych cukrowej waty i diabelskiego młyna to Winobranie spełnia te oczekiwania. Miarą zatem sukcesu tej wersji Winobrania, która po części wynika z wsiowej mentalności miejskich urzędników są tłumy przewalające się przez Deptak. Kupujące biustonosze, świńskie golonki, teflonowe patelnie, lizaki z napisem „kocham Cię”. To dlatego pewien urzędnik przedstawiający się jako główny organizator w GL za sukces Winobrania uznał brak pijackich burd. Ta wypowiedź dosyć jaskrawo pokazuje intelektualny poziom oczekiwań wobec Winobrania jak i pojęcie sukcesu tej imprezy. I żeby była jasność. Nie mam nic przeciwko temu. Jasna deklaracja oczekiwań i oczywista ocena działań. Ma być wiejsko i nie ma być pijackich awantur. Z tej perspektywy Winobranie jest sukcesem. Miało być jak na gminnych dożynkach i było. Winobraniowa bajka w wersji miejskich urzędników zakończyła się happy endem. Dałbym ocenę 4+ (czwórka z plusem).
Ale jest też inna winobranowa bajka. Wymyślili ją ludzie kulturalni, nieskorzy do picia taniego wina z Biedronki i zagryzania jego spiralą z nieobranego ziemniaka. Których nie bawią pokazy prasowania i szatkowania warzyw. Którzy nie kupią portretu esesmana, nie mają potrzeby kupowania dzierganych serwet na stół i nurzania się w pianie firan. Tym ludziom marzy się Winobranie jako okazja do spotkania się z kulturą. Przyzwyczajeni do miałkości winobraniowej oferty kulturalnej nie oczekują dużego „K” ale niechby było małe. I tu trzeba oddać władzy sprawiedliwość. Były podczas Winobrania przebłyski tej bajki. Zaliczyłbym do nich pochody Bachusa i przedstawienia bajek dla dzieci na przyratuszowej scenie. Zabłysnął Jurek Fedro ze znakomitymi rysunkami w rozmaitych konfiguracjach kalendarzowo-podstawkowych. I przyleciały cudne anioły Lilianny Lazarskiej. Były też nieliczne stoiska z pracami amatorów. Niektóre nawet ciekawe. Jednak zepchnięte przez jarmarczność na margines a w przypadku Jurka i Lilianny w okolice ratuszowego wychodka. W tej kategorii ocen zatem moja ocena 3=, czyli trzy na szynach.
Mnie i wielu moim rozmówcom marzy się także bajka, nazwijmy ją regionalno-tradycyjna. Taka jak chociażby jeleniogórska prezentacja regionalnego jadła, która odbyła się w Jeleniej Górze w tym samym czasie kiedy w Zielonej Górze trwało Winobranie. Wino jako regionalny produkt istniało na tegorocznym Winobraniu jedynie śladowo. Organizatorzy wolą demonstrować lubuskim winiarzom muchy w nosie a za winnego patrona obrać Biedronkę i poić winobraniowych gości tanim niemieckim winem. Była co prawda kiełbasa z Litwy, pierogi z Wilna, austriacki ser, ale zniknęły w tłumie gdzieś pomiędzy stoiskiem z hot-dogami a stoiskiem z chińskimi paciorkami. A przecież była arcyciekawa wędzarnia ryb, podobno smacznych. Był chlebowy piec, z którego niósł się apetyczny zapach. Były ogórki z Cottbus, oferowane, jak mi doniosła jedna sympatyczna dziewczyna „przez murzyna”. To jednak stanowczo zbyt mało. Gigantyczny potencjał tej bajki pokazały zorganizowane bodaj w lipcu w skansenie w Ochli „Targi Wina, Miodu i Chleba. Za niewykorzystaną szansę i za antylokalną indolencję organizatorów Winobrania moja ocena 2!, czyli jak mawiał mój nieodżałowany matematyk Leon Bieszk „dwa silnia”. Co w jego opinii oznaczało katastrofalny brak wiedzy i zwiastowało powtarzanie roku.
Nie można zapominać o jeszcze jednej bajce. Bajce której celem jest budowanie marki miasta. Marki specyficznej i rozróżnialnej. Marki dające splendor i prestiż. Czegoś więcej od kojarzenia się z żużlem i Peją. To dla władz miasta sfera kompletnej abstrakcji. Niedostępna intelektualna półka. Organizatorzy Winobrania w tym względzie pozbawiani są elementarnej wiedzy i wrażliwości. Tym jedynie można wytłumaczyć brak czegokolwiek co mogłoby poprzez Winobrania taką markę zbudować. Rachityczne sportowe imprezy mogące być uznane za elementy tej bajki potraktowano po macoszemu i niszowo. Nawet przyjazd młodego mistrza świata o tyczce, kilkudniowego bohatera wszystkich Polaków, nie stał się okazją do pojawiania się władzy wśród widzów. Puchar zwycięzcy skoku tyczce z bardzo przyzwoitym wynikiem 5,60 wręczył drugi po Bogu w PGNiG i wzięta z łapanki dziewczyna, nawiasem mówią śliczna tyczkarka z Zielonej Góry. Mistrz zatem czujnie zamiast zostać, pojechał na ryby gdzieś w nieznanym kierunku. Obciach pełny. Po mojemu jeszcze gorzej jak wyżej. Zielona jedynka. Zielona jedynka w czasach mojej matematycznej edukacji oznaczała „zielony jak trawka na wiosnę” i była wyrokiem. Osoba z zieloną jedynka mogła być pewna, że nie zaliczy. To dobrze koresponduje z tym co w kwestii marki wyczynia miasto. Trzykrotne: dno, dno, dno.
Każdy może w każdej z wyżej wyszczególnionych kategorii mieć swoją ocenę. Zachęcam czytelników do dyskusji właśnie w tej konwencji. Bez wrzucania wszystkiego do jednego wora. Mnie akurat wyszło jak wyszło. Na zakończenie dodam jednak jeszcze jedną kategorię, prywatną. To kategoria wyglądu i prezentacji głównego jak mniemam organizatora Winobrania. W tej kategorii Tomasz Nesterowicz prezentuje się imponująco. Ta mina, ten garnitur, telefonia komórkowa przy uchu. Wrażenie pełnej kompetencji. W mojej ocenie szóstka a zatem sfera zachwytu. Gratulacje.
Podsumowując warto dostrzec pozytywy Winobrania i życzyć lokalnej władzy aby zza euforycznego samouwielbienia dostrzegła „pewne” niedostatki. Jest się na kim wzorować. W tym celu polecam wizytę w Żaganiu na „Jarmarku Michała”.