Wpadła mi w ręce książka o inspirującym tytule „Twórcza moc myślenia” Kurta Tepperweina. Pomyślałam, że lato to dobra pora na to, aby zamiast ulepszaniem swoich zawodowych kompetencji zająć się egoistycznym ulepszaniem swojego życia. Oto moje przemyślenia bogato wspierane tekstem książki.
Podoba mi się, gdy autor twierdzi, że po pierwsze musimy zacząć myśleć o tym, że jesteśmy stworzone do sukcesu, a myśl o tym, że możemy osiągnąć sukces, musi stać się czymś najbardziej naturalnym. Z naszych słowników wykreślamy pojęcia: „życiowy cios” czy „pech”. Z jednej bowiem strony są to skutki naszych wcześniejszych decyzji, a z drugiej doświadczenia, które może nas czegoś nauczyć. W każdej minucie naszego życia wywołujemy przyczyny, które później dają skutki, takie jak szczęście bądź cierpienie, pomyślność lub choroba, a które kiedy się dzieją traktujemy jako los. Najczęściej dzieje się to nieświadomie. Nieświadomie, bo przyzwyczailiśmy się do zachowań narzuconych tradycją, przez otoczenie, rodzinę, szkołę, pracę, programów i
schematów działania czy myślenia. “Obowiązki” jakie nam narzuca otoczenie terroryzują nas. Stają się naszymi odruchami. Naszym drugim, a może pierwszym JA. Są poza naszą świadomą kontrolą i kierują z „ukrycia” naszym życiem. Dopiero wtedy, gdy nasze działania zaczniemy świadomie kształtować według uświadomionych pragnień, możemy powiedzieć o sobie, że znajdujemy się na drodze do swojego sukcesu.
Określenie, czym jest sukces to zbyt trudna kwestia. Ustalmy, że każda z nas sama określi, co nim jest. Czy będzie to zdrowie, czy dobre relacje z ludźmi, miłość, przyjaźń? A może majątek, dom samochód, czy zawodowy awans. Wybór jest nieograniczony. Jedno tylko. Jeśli ów „sukces” będzie czymś wynikającym nie z naszych a cudzych inspiracji, obowiązków, wymagań, zazdrości, rywalizacji z kimś, to wtedy nie będzie to nasz „sukces”, tylko tych, którzy nam go „narzucili”.