A co - mówią, że jestem jak jemioła na drzewie żywicielu, którym jest Zielona Góra? Zarzucanie sobie tego rodzaju pasożytnictwa jest nonsensowne. Temat współpracy z gminy z miastem Zielona Góra jest wielowątkowy. Ale wzajemne oskarżanie się o wykorzystywanie, żerowanie to przecież absurd. Marzy mi się współpraca z wójtem gminy Świdnica Adamem Jaskulskim rozmawia Krzysztof Chmielnik Krzysztof Chmielnik - Zacznijmy od spraw fundamentalnych, czyli ornitologii. Czym ona dla Pana jest?Adam Jaskulski - Ornitologia jest rodzajem uroku, jaki na mnie w czasach nauki w Technikum Leśnym w Rzepinie rzucił Roch Mackowicz, późniejszy profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Znakomity człowiek, fenomenalny ornitolog. Jego wiedza i umiejętności wielu z nas zauroczyły, również mnie. Nauczył mnie rozróżniania kilkudziesięciu gatunków ptaków po ich śpiewie. Ornitologia to echo tamtego zauroczenia, ale też jedna z wielu moich pasji, może nawet zbyt wielu... K.CH.- Wróble ćwierkają, że ma Pan problem z bocianem. Na czym on polega?A.J.- To prawda. Powiem więcej - z niejednym bocianem. Mamy kilka bocianich gniazd w gminie. Stwarza to pewne problemy. Na przykład bocian na kominie w Muzeum Archeologicznym w Świdnicy gniazduje jednego roku, a innego gniazdo stoi puste. Może płoszą go lotniarze, a może są jakieś inne powody. W Letnicy bocianie gniazdo zarosło zielskiem i musieliśmy wraz ze strażakami ochotnikami je oczyścić. Bociany wróciły, wyprowadzają młode. Ale największy problem jest z bocianim "singlem" w Słonem. Nie bardzo wiemy, jakiej jest płci. Nawet profesor Leszek Jerzak z UZ nie był w stanie tego określić. Bocian założył gniazdo na kominie, kiedy szkoła była nieczynna. Po wyremontowaniu szkoły, gniazdo przenieśliśmy na platformę na boku komina. Bocian wędzi się w dymie, trwa na gnieździe przez jakiś czas. Potem niestety odlatuje. Zamierzamy gniazdo przenieść na specjalny słup postawiony w rogu szkolnego placu. Czekamy na koniec roku szkolnego. Nowe gniazdo zbudujemy zgodnie z wszelkimi ornitologicznymi zasadami. Mamy nadzieję, że może już za rok, a najpóźniej w 2011 doczekamy się bocianiąt. K.CH.- Gdyby mógł Pan się określić jako wójt ornitolog, to ile procent wójta jest w wójcie, a ile ornitologa?A.J.- Większość mnie to jednak wójtowanie. Ludzie i ich problemy to sprawa "zawodowa", a ptaki to świat "wewnętrzny". Przyroda, bo przecież o to chodzi, jest sprawą czasu wolnego. Jestem niepolującym myśliwym. Lubię posiedzieć na ambonie. Lubię atmosferę polowania, myśliwskie staropolskie obyczaje. Przyroda relaksuje i inspiruje. Albo, czyż może być coś piękniejszego od poranka nad wodą, kiedy się wędkuje? Osiąga się wtedy stan harmonii z naturą. Podobnie traktuję jazdę motocyklem po polnych drogach. Niezbyt szybko, aby słyszeć ptaki, czuć zapach kwitnących łąk, widzieć falujące jak morze łany zboża. Stan natury to harmonia, powinniśmy także mieć w sobie potrzebę harmonii. K.CH.- Które pojęcie jest Panu bliższe: ochrona przyrody, czy zarządzanie ekologią?A.J.- To zależy, co się jako ochronę przyrody rozumie. Z wykształcenia jestem leśnikiem i rolnikiem, ale także inżynierem. Może dlatego nie akceptuję bezmyślnego fanatyzmu i ochrony wszystkiego na siłę. Zatem raczej zarządzanie i kompromis pomiędzy potrzebami ludzi i przyrody. Dążenie do harmonii, w każdym aspekcie działania. Czytaj/pobierz całość |